Magiczna przyszłość czy Magik Przyszłości

 

Jeśli jesteście po lekturze już kilku moich postów

Jak z kapitana jachtowego zrobiono ze mnie okrętową ciurę…

Jak z fotografa zrobiono ze mnie pomocnika nie-fotografa…

Co tak naprawdę zdarzyło się na północy. Arktyka 2020

zapewne zadajecie sobie pytanie: dlaczego to wszystko się tak potoczyło i gdzie jest drugie dno?

Zapowiadając w sierpniu cykl moich artykułów napisałem:

To opowieść niczym z Tarantino: kilka różnych obrazów, które łączą z sobą występujące w nich osoby. Od miłości tak wielkiej, że w uściskach niemal gruchotały kości do nienawiści i próby zniszczenia drugiej strony. Pieniądze, sława, kłamstwa, brudne działania. Niewiele tu stanów pośrednich, mocne uderzenia i fakty. Każdy z kolejnych obrazów będzie odsłaniać całość, być może trudną do uwierzenia. Ci, którzy znają bohaterów moich opowieści zostaną zaskoczeni i niewątpliwie będą musieli odpowiedzieć sobie na kilka pytań, trudno im będzie przejść obojętnie…

Dziś wprowadzę Was w sedno sprawy. Czyli będzie o pieniądzach.

Jest trochę mądrości w polskich przysłowiach i powiedzeniach: Powiadają jaskółki …, jak Zabłocki na mydle…Wraz z Gosią przeszliśmy przez ostatni rok prawdziwą szkołę życia zafundowaną nam przez p. Andrzeja Górajka. Wspólne biznesy, na których ponieśliśmy olbrzymie straty nie zyskując nic, w przeciwieństwie do drugiej strony, która wkładając niewiele uzyskała wszystko. Wtopiliśmy i to zdrowo. Choć wszystko miało wyglądać magicznie i pięknie…

Z resztą oceńcie sami.

Magiczny jacht.

W lipcu ubiegłego roku byliśmy na etapie próby połączenia działań z Natango. Była kusząca szansa zbudowania wspólnie mocnej organizacji w której mogliśmy wykorzystać potencjał Men of Sea i Natango, stworzyć coś naprawdę dużego, z większymi możliwościami i wiekszą ilością jachtów. Wydawało się, że wszyscy mogli na tym tylko zyskać. Wydawało się, że wszyscy mają takie cele i że chcą swoje działania zwieńczyć  takim projektem. Że wzajemna sympatia, uczynność jest szczerą postawą, a nie realizacją ukrytego i zrealizowanego w innych okolicznościach planu.

Wówczas też skonkretyzowała się możliwość zakupu jachtu Magic.

Magic to realizowany projekt ponad trzydziestometrowego szkunera sztakslowego, przerwany niespodziewaną śmiercią dotychczasowego właściciela, niemieckiego lekarza. Poświęcił on ostatnie lata swojego życia na budowę „jachtu marzenie”. Zatrudnił najlepszą stocznię, włożył bardzo dużo własnych środków, z miesiąca na miesiąc Magic nabierał pięknych kształtów. Mistrzowsko zaprojektowany kadłub, profesjonalne rozwiązania i wykonawcy – wszystko to sprawiło, że o szkunerze zaczęło być głośno nawet w niemieckiej prasie. Niestety nagła śmierć przerwała dalszą realizację na etapie pływającego i wyposażonego w silnik oraz podstawowe instalacje kadłuba, na którym rozpoczęły się prace wykończeniowe. Poza budowanym jachtem zostały również liczne elementy wyposażenia i osprzęt, w tym windy i kabestany hydrauliczne, generator, sonar, elementy drewniane do wykończenia wnętrz. Lekarz zdążył jeszcze położyć piękny pokład teakowy. Jacht był w najlepszym momencie do zakupu przez kogoś, kto chciałby wykończyć go w sposób odpowiadający własnym planom.

Wtedy pojawiliśmy się my.

Negocjacje ze spadkobiercami prowadził mówiący po niemiecku p. Andrzej Górajek. 19 lipca, kilka dni przed wyruszeniem na ubiegłoroczną wspólną ekspedycję (Svalbard 2020) podpisaliśmy w Niemczech umowę zakupu i wpłaciliśmy gotówką zaliczkę: ja 4/5, a p. Andrzej Górajek 1/5 zaliczki. 26 sierpnia, będąc na Svalbardzie przelewem przekazałem już sam całość pozostałej kwoty. Tym samym wraz z żoną Gosią sfinansowaliśmy zakup w 94.4%, a p. Andrzej Górajek wraz z żoną w wysokości 5.6%. Nie przewidziałem wówczas wagi tych “tylko” pięciu procent.

Transakcja wydawała się wtedy bezpieczna, ponieważ wraz z jachtem zostało zakupione bogate wyposażenie o dużej wartości. Wyposażenie to przywieźliśmy do Polski, do domu… p. Andrzej Górajka. On w ten sposób wpłacając niewielkie pieniądze wszedł w posiadanie wyposażenia, którego wartość wielokrotnie przewyższała to, co wpłacił. My, pomimo tego, że zapłaciliśmy 95% kwoty nie mieliśmy i wciąż nie mamy żadnego dostępu do zakupionych rzeczy. Dodatkowo zostaliśmy zmuszeni do comiesięcznego opłacania postoju za stojący na lądzie w jednym z niemieckich portów jacht. P. Andrzej Górajek nie zrealizował ustalonego planu sprowadzenia go do Polski (na szczęście). Co więcej – zdjął zabezpieczające kadłub i pokład specjalne namioty oraz konstrukcje drewniane. Zrzucił je na ziemię, w wyniku czego po zimie wszystko zbutwiało i nadało się już tylko do wyrzucenia, a wystawiony na wilgoć pokład zaczął niszczeć. Do środka niezabezpieczonymi właściwie otworami wlewała się woda. My zostaliśmy z problemem.

Ja w tym czasie prowadziłem etapy ekspedycji na północ Svalbardu 2020. Jeszcze wtedy wydawało się, że wszystko jest ok. Zajęty pływaniem na Oceanie B i będąc na końcu świata nie dostrzegałem zagrożeń. Tym bardziej, że otrzymywałem zapewnienia, że wszystko jest w porządku i plany są realizowane.

Kiedy wszyscy wróciliśmy ze Svalbardu do Polski sytuacja zaczęła się zmieniać. Idylla po-ekspedycyjna trwała krótko. Pp. Górajkowie zaczęli pisać historię na nowo. Początkowo naiwnie wziąłem to za jakieś chwilowe i nieistotne nieprozumienia i przez okres około 2 miesięcy próbowałem się porozumieć. Nieskutecznie. W pewnym momencie zaczęło do mnie i Gosi docierać, że nic z tego nie będzie, bo druga strona dąży właśnie do eskalacji konfliktu, który być może był w jej planach. To przecież my włożyliśmy olbrzymie pieniądze nie otrzymując w zamian nic, podczas gdy oni z tego tylko korzystali. Co mieli wziąć – wzięli. Teraz pozostało już tylko rozprawić się z nami, a że stawka była duża – to przy użyciu wszystkich możliwych środków. Tak, aby przygnieść nas problemami, wieloma sprawami. Takimi, które widać z zewnątrz oraz tymi zakulisowymi, o których do dziś jeszcze mało kto wie.

Na pierwszy ogień poszła Ekspedycja Svalbard 2020. Natango zaczęło publikować nieprawdę na temat ubiegłorocznej ekspedycji. Atakować medialnie, na swoich stronach. My do tej pory nigdy specjalnie nie zabiegaliśmy o przychylność “środowiska żeglarskiego”, robiliśmy swoje. Ale oni prowadząc dużo egzaminów na stopnie żeglarskie mieli rozbudowane kontakty. Dlatego łatwo też było wymierzyć we mnie bardzo personalne ataki.

Jednak kiedy to wszystko ujrzało światło dzienne zaczęły się kontaktować ze mną inne osoby, które miały swoją wcześniejszą historię z pp. Górajkami, w tym sprawy sądowe. Docierało do mnie coraz więcej informacji z różnych źródeł i zaczynałem dostrzegać, że nasza historia nie jest odosobniona. Można się było załamać patrząc z perspektywy czasu jak dałem się wymanewrować.

Odbyłem szereg rozmów, w tym z Jarkiem, który opowiedział mi historię współpracy z p. Andrzejem Górajkiem przy Oceanie A. Jarek twierdzi, że Ocean A stoi z dużym długiem w jednej z niemieckich marin, niezdolny do żeglugi, wyczyszczony przez p. Andrzeja Górajka z szeregu urządzeń, które zostały następnie zamontowane na Oceanie B. Ci, których interesuje ta historia są w stanie dotrzeć do źródeł, tym bardziej, że informacje o tym krążą w żeglarskim światku. Sprawy sądowe i karne w toku. Ja tylko mogę wspomnieć, że na Oceanie B znajdują się też moje prywatne urządzenia.

Niestety, historie te trafiły do mnie zbyt późno, w momencie, kiedy już rozegrało się wszystko. Moi znajomi obserwujący z bliska to, co się działo w końcówce ubiegłego roku sugerowali, że od początku p. Andrzej Górajek realizował taki właśnie plan.

Wówczas ataki w naszą stronę związane z ekspedycją zeszły dla nas na dalszy plan. Musieliśmy ratować choć część naszych pieniędzy, dlatego złożyliśmy do sądu w Szczecinie pozew w sprawie Magica. Postępowanie się toczy. Chciałbym jednak napisać wyraźnie jedno: w piśmie procesowym p. Andrzej Górajek podał nieprawdę twierdząc, że to on wpłacił zaliczkę za jacht. Jeśli ktoś posuwa się do takich działań to jakim problemem będzie napisać nieprawdę o ekspedycji, o tym, że ktoś na niej był lub nie był, że był kapitanem lub starszym oficerem albo „najsłabszym ogniwem”. W skutkach prawnych pisania publicznie takich rzeczy nie da się porównać do podobnego zachowania w postępowaniu procesowym.

Być może po powyższych informacjach zaczniecie rozumieć bardziej kontekst całej sytuacji oraz tego w jakim znaleźliśmy się ciężkim położeniu. W tym również czasie został również przypuszczony kolejny atak na nasz jacht Azimuth…

Prawie tona lin żeglarskich.

Jak to się mówi: „nieszczęścia chodzą parami”, dlatego przedstawię drugą sytuację.

W lipcu ubiegłego roku w trakcie pierwszego etapu ekspedycji na północ Svalbardu żeglowaliśmy wspólnie ze Szczecina do Tromso. Na niemieckim e-bay pojawiła się oferta sprzedaży czterech palet lin żeglarskich, prawie tona porządnych żeglarskich lin. Ponownie z niemieckim sprzedającym negocjował i doprowadził do finalizacji transakcję p. Andrzej Górajek. Następnie ja zapłaciłem przelewem sprzedającemu wynegocjowaną kwotę oraz otrzymałem rachunek potwierdzający, że jestem nabywcą. Obecna w tym czasie w Polsce p. Halina Górajek zajęła się transportem palet z linami z Niemiec do… tak, tak… do domu pp. Górajków. Po moim powrocie do Polski kilkukrotnie poprosiłem o wydanie lin. Bezskutecznie.

W dniu 8 stycznia 2021 r. wysłałem ostateczne wezwanie wyznaczając termin do 15 stycznia 2021 r. W dniu 16 stycznia doczekałem się odpowiedzi, w której p. Andrzej Górajek ocenił swoje koszty sprowadzenia ich do Polski na 30% zapłaconej przeze mnie kwoty i zadeklarował wydanie mi pozostałych 70%. Chcąc uratować choć część moich pieniędzy przystałem na tą propozycję i wyznaczyłem nowy termin do 30 stycznia. Kiedy termin minął i urwała się korespondencja w dniu 3 lutego 2021 złożyłem na policję zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przywłaszczenia cudzych rzeczy przez p. Andrzeja Górajka. Ponieważ sprawa jest w toku, nie chcę ujawnić szczegółów do czasu rozstrzygnięcia, jednakże w trakcie przesłuchania na Policji p. Andrzej Górajek podał nieprawdę, twierdząc, że „wg jego wiedzy nie dokonałem przelewu z własnych środków prywatnych…”. Akurat tak się składa, że wiedział doskonale, że zapłaciłem z prywatnych pieniędzy, byliśmy przecież razem na pokładzie w trakcie wspólnego rejsu i rozmawialiśmy o tym, a na dodatek tego samego dnia wysłałem mu potwierdzenie przelewu, z którego to jasno wynikało kto był nadawcą przelewu.

W korespondencji do mnie napisał też, że musi moje liny „zabezpieczyć przede mną”. Ale nam wtedy nie było wcale do śmiechu, bo ten deal odbył się zatem zgodnie z jego koncepcją: ja zapłaciłem, a on „przytulił”.

Do dziś nawet nie dotknąłem kawałeczka z zakupionych przeze mnie lin. Na Azimuth’a wiosną tego roku musiałem zakupić sporo nowych, drogich lin. Wówczas nawet nie mówiłem o tym Gosi, aby nie dodawać jej kolejnych „górajkowych” zmartwień i rozbudowywać jej i tak duże poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.

Zerwanie współpracy.

Oczywiście współpraca z Natango nie mogła być kontynuowana. Czuliśmy się bardzo oszukani i ponieśliśmy olbrzymie straty finansowe. Być może ktoś nazwie to nieudanymi interesami, sporami stron, ale niestety: nie ma tu żadnej proporcji, dla nas jest to wielkie oszustwo. Jesteśmy pokrzywdzeni.

Pomimo tego próbowałem załatwić sprawy polubownie. Gdy to się nie udało skierowaliśmy sprawy do sądu, a później do prokuratury. Ale dalej proponowałem pp. Górajkom, aby sprawy rozwiązywać na drodze prawnej, bez wywlekania wszystkiego na zewnątrz. Nic to jednak nie dało. Pół roku wytrzymywaliśmy bezpardonowe ataki na mnie. A one nie ustawały, a wręcz nabierały na agresji i bezczelności. Kolejne wpisy p. Haliny Górajek nabierały rozmachu. Już nie wystarczało zabranie mi roli i funkcji w ubiegłorocznej ekspedycji, należało jeszcze zmieszać mnie z błotem, pozbawiać godności i autorytetu. Brak naszej reakcji „przyklepywał” tylko jej teorie.

Wraz z Gosią oraz z najbliższym gronem przyjaciół przepracowywaliśmy te wszystkie trudne momenty i udało się w końcu przejść ponad tym. Wtedy, dla naszego dobra, dla prawdy, dla naszych przyjaciół, znajomych i sympatyków Men of Sea postanowiłem upublicznić całą sytuację. A duży pozytywny odzew, liczne prywatne korespondencje, telefony, rozmowy utwierdziły mnie, że było warto. Tym bardziej, że przynajmniej w ostatnim czasie wyhamowały ataki w moją stronę, a p. Halina Górajek napisała na jednym z forów, że „rok 2020 trzeba odłożyć na półkę”.

My emocjonalnie mamy to za sobą, mogę na spokojnie zrelacjonować to co było naszym udziałem. Od dawna nie śledzę tego co na mój temat jest pisane. To od znajomych dostajemy kolejne informacje. My robimy swoje, mamy za sobą kolejne udane tegoroczne wyprawy po Svalbardzie.

Oczywiście nadal walczymy w sądach o swoje. To nie jest koniec naszych problemów, ani nawet nie widać jego końca. Ale jesteśmy mocniejsi, mądrzejsi  i nie damy się zdeptać.

Podziękowania.

Na koniec, w moim i Gosi imieniu chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy bezinteresownie pomogli nam w powyższej sytuacji. Każde Wasze działanie było dla nas na wagę złota i pozwalało nam przywracać wiarę w ludzi.

EnglishGermanNorwegianPolish
Copy Protected by Chetan's WP-Copyprotect.