• Polski
  • Deutsch
  • English

Kurs 173 przez Arktyczne Morza powrót na Południe

Czyli jak dostać łomot na własne życzenie

17 wrzesień 2018 r.

Ten tekst jest w zasadzie dla żeglarzy. Osoby, które nie żeglowały mogą się zniechęcić, ale jeśli ktoś chce przeczytać jak rejs po trudnym akwenie przeżywa jego uczestnik – kapitan – to zapraszam. Staram się pisać prosto, bez upiększania, przekazując moje nastroje, myśli i obawy, jako dziennik podróży. Tekst jest bez poprawek, surowy, pisany na morzu, między kolejnymi uderzeniami fali. Ta trasa oraz rodzaj rejsu zdecydowanie odbiegają od potocznego obrazu jachtingu. Ma charakter wyprawowy i ekspedycyjny. Wiem, że są bardziej ekstremalne warunki i miejsca, sam nieraz też w nich byłem, ale ta trasa ma swoją wartość i jest marzeniem wielu żeglarzy. A więc do rzeczy.

Trasę przez Arktyczne Morza określiłem na naszej stronie jako trudną. Kawał żeglarskiej roboty, jakieś 700-800 mil morskich, z czego 450 po otwartym oceanie arktycznym, bez zatrzymania jednym kursem 173 st. Nie pamiętam, abym kiedyś płynął tak długi odcinek bez zmiany. W miarę możliwości należy wyczekać na okienko pogodowe, co w tym okresie nie jest proste, ale i tak czas potrzebny na przepłynięcie sprawia, że może się dużo pozmieniać. W pewnym sensie należy przygotować się na trudności i być może walkę. Jesteśmy w otoczeniu kilku niżów i musimy liczyć, że prognozy dotyczące ich poruszania się, jak i pogłębiania, bądź wypełniania, potwierdzą się. Za jakieś 3-4 doby powinniśmy wejść w paszczę pomiędzy nimi. Oby ta paszcza się nie przesunęła lub nie zamknęła. Jest lekki niepokój, nie zaprzeczę, ale jest też dreszczyk emocji. A dla zwycięzców chwała, dla zwyciężonych…

15 wrzesień 2018 r. sobota.

Zaledwie 2-3 godziny temu pożegnaliśmy gościnną Polską Stację w Hornsundzie, przygotowaliśmy jacht do wyjścia oraz zjedliśmy pysznego steka z renifera.

0100 Ruszyliśmy. Wypłynięcie z fiordu nie było proste. Noc, pływające growlery sprawiły, że musieliśmy robić to powoli, przeczesując szperaczem wodę w poszukiwaniu zagrożeń. Ale po jakichś 2 godzinach byliśmy już na otwartej wodzie i mogliśmy obrać kurs 173 stopnie. Przed nami niemal 450 mil morskich żeglugi jednym kursem. 3-5 dni płynięcia. Noc upłynęła spokojnie, niemal bezwietrznie. Ale z każdą godziną, w której coraz bardziej wychodziliśmy spod osłony wyspy wiatru przybywało. Kiedy o godzinie 0630 robiliśmy trawers południowego krańca Spitsbergenu wiała już dobra piątka, szóstka. Stan morza: 4-5. Jacht położył się w bajdewindzie lewego halsu, rozpoczęła się żegluga. Niebo w całości zasnute chmurami, delikatna mżawka, pusto na widnokręgu. Zniknął też za rufą Spitsbergen, pożegnany w szarej, ponurej atmosferze. Musiałem wrócić pod pokład i poprawić ształowanie, zaczęło nami trochę rzucać.

  

0800 Minęliśmy w niewielkiej odległości dwie jednostki rybackie, najprawdopodobniej rosyjskie trawlery. To chyba ostatni kontakt z cywilizacją na te najbliższe dni. Płyniemy na zrefowanym grocie oraz foku. Utrzymujemy średnią prędkość 6.5 węzła i czekamy na korzystniejszy kierunek wiatru, aby móc nieco przyspieszyć. 412 mil morskich do wybrzeży Norwegii. Już mam na sobie odzież termiczną, bluzę, puchówkę oraz pół sztormiaka. Kapitalna nadbudówka Azimuth’a zapewnia bardzo duży komfort.

0900 20 metrów od lewej burty wyłonił się na wieloryb, popatrzył i popłynął swoim kursem. Nie wzbudziliśmy jego zainteresowania, czego nie można powiedzieć o stadzie delfinów, które już od dłuższego czasu baraszkują przy jachcie.

1000 Stada delfinów podbijają stawkę, zaczynają seryjnie wyskakiwać ponad wodę. Pierwszy raz przez chmury przebiło się słońce, zapowiada się piękny dzień. W nocy istnieje szansa pojawienia się zorzy polarnej. Będziemy wypatrywać. A na razie obserwujemy coraz większe fale, koło 3 metrów. Nie wpływa to na razie na wybór Prezesa, a szkoda, bo alkohol w Norwegii drogi. Chyba muszę komuś kazać wyczyścić zęzę, albo przynajmniej usmażyć złapane wczoraj dorsze.

1200 Czyli południe. Leniwe południe. Właśnie skończyłem swoją 6-godzinną wachtę i zamierzam trochę poleniuchować. Wiatr odkręcił w stronę północy, a wraz z nim fala. Co ósma fala przelewa się przez pokład. Takie rzeczy na wachcie się liczy. Z tych ciekawszych spraw: poluzowała się uszczelka w okienku kuchennym i co każdy przechył wlewa się pół szklanki wody. Całe szczęście wstał Paweł i udało się zakleić z zewnątrz. W porcie naprawimy.

1600 Miałem cztery godziny odpoczynku. W tym czasie zjedliśmy na obiad przywiezione z Polski schabowe, delfiny co jakiś czas pojawiały się przy burcie, fala się wydłużyła i urosła. Mamy dobrą prędkość przelotową około 7 węzłów. Słońce nas nie rozpieszcza, ale co jakiś czas przebija się na chwilę przez chmury. Być może czeka nas spektakularny zachód słońca. Powoli morze zaczyna się bielić, a to oznacza, że wpływamy w prognozowaną strefę mocniejszych wiatrów. To określenie dla każdego może znaczyć coś innego.

2000 Nie było widowiskowego zachodu Słońca. Schowało się dyskretnie za wałami chmur, delikatnie tylko zabarwiając skrawek nieba. Nie ma też raczej szans na ujrzenie zorzy. Otaczają nas zewsząd gęste chmury. Czeka nas trudna noc. Wiatr przybrał do 7 B, fala jeszcze się zwiększyła, całe szczęście uderza w nas bardziej od rufy, a nie jak cały dzień centralnie z boku. Zwiększyła się też prędkość jachtu do 8 węzłów, więc odległość do brzegów Norwegii skraca się szybciej. Czekamy na kolejny ranek.

2300 Ostatnie trzy godziny są do zapomnienia. To miał być czas na mój odpoczynek. Nie wyszło. Znalezienie miejsca i ułożenia ciała w latającej we wszystkie strony koi, uśnięcie – okazało się niemożliwe. Byłem jeszcze zbyt mało zmęczony. Wszystkie pozycje: na brzuchu, plecach i obu bokach zawiodły. Kiedy po niemal dwóch godzinach udało mi się jakoś ułożyć i chwilowe, powtarzające się co kilkanaście sekund stany nieważkości stawały się nawet przyjemne, rozpoczęła się walka z webasto, którego główny węzeł przechodził pod moim materacem. Było zdecydowanie za gorąco, a niestety nie mogłem wyłączyć ogrzewanie, bo odciąłbym innych od ciepła. Przymykanie wylotu, które sprawiało, że koja prawie parzyła, powtarzana wielokrotnie wizyta przy panelu sterowania. W końcu jednak udało mi się rozwiązać problem i z błogim zadowoleniem zacząłem wchodzić w sen, gdy oczywiście, jak zawsze w takich sytuacjach – nadszedł czas wachty. Cóż, za te kilka godzin, kiedy będę próbował ponownie, liczę na szybszą adaptację.

16 wrzesień 2018 r. niedziela.

0000 Na morzu północ jest dziwną godziną. Czy myślimy 24 czy już 00 zależy chyba od optymizmu. Tym razem jest to 00 już następnego dnia. Za nami dokładnie 1/3 drogi. Gdzieś na trawersie lewej burty oddalona o 40 mil i niewidoczna Wyspa Niedźwiedzia. Tym razem nie po drodze. Wokół nas panuje kompletna ciemność. Zjeżdżając w dół półkuli skazaliśmy się na prawdziwą noc. Bieleją tylko żagle oraz załamujące się co jakiś czas grzywy fal. Na niebie ani jednej gwiazdy. Ale minuty się nie dłużą. Jestem zadowolony z ostatniej doby. Przepłynęliśmy kawał morza, jak to się mówi: przeoraliśmy. Nie ma w tym określeniu romantyzmu, ale jest wiele prawdy. Noc na morzu w Arktyce różni się bardzo od nocy na Morzu Śródziemnym. Niewiele znajdziesz tu uroku, a bardziej satysfakcję z wykonanej pracy oraz pytań jak będzie wyglądała pozostała część podróży. Nie ma tu nigdzie żadnego portu schronienia, wysepki, która da zaciszną zatoczkę. Trzeba płynąć do celu i nie ma odwrotu. Ale oczekuje się poranka, kiedy arktyczny świat zaczyna odżywać przed naszymi oczami. Ale do tego jeszcze kilka ładnych godzin. O tyle dobrze, że nie walczymy z zimnem. Jest naprawdę znośnie.

0200 Jaki jest zatem urok takiej podróży jak ta? Na pewno bezkres, obdzierające z wszystkiego poczucie bycia kruszynką zdaną na łaskę żywiołów. I nauka cierpliwości, oczekiwania. Oczekiwania na dobrą pogodę, na szczęśliwą podróż oraz na świt. On już za kilka godzin. Uspokaja się, wiatr zelżał i zmalała fala. A ja dostaję kolejne 3 godziny na próbę zaprzyjaźnienia się ze swoją koją.

0500 Udało się pospać dwie godziny. Morze na tyle się uspokoiło, że postanowiłem wziąć prysznic, który był swoistym dance macabre, ale ponieważ nikt tego nie widział to liczy się efekt. Pierwszy raz od czterech dni byłem czysty, a mycia szczególnie domagała się głowa. Gdy cały czas chodzi się w czapce, po jakimś czasie zaczyna się pod nią rozwijać życie. Na zewnątrz słońce zaczęło się zastanawiać czy aby nie wstać z morza, a swoje rozterki sygnalizowało czerwonym paseczkiem na wschodzie. Wschód równy zachodowi. Tak czy tak ten dzień się zacznie i muszę znaleźć w nim wieloryba, bo znowu stoi zakład o flaszkę.

0630 Słońce ostatecznie wyszło. Wraz z nim pojawiło się wokół bardzo duże stado delfinów, z każdej strony jachtu. Próba zrobienia zdjęcia całego delfina w momencie wyskoku z wody na tle słońca skończyła się stłuczeniem kolana.

0900 Dostałem komunikat meteo z którego wynika, że czeka nas nieciekawa noc. Trzeba będzie w ciągu dnia pozbierać siły.

1600 Ostatnie godziny są takie same. Słońce za chmurami, całkowicie niewidoczne, wokół szara woda, z pozoru brak jakiegokolwiek życia. Nie ma też w pobliżu żadnych innych jednostek, choć do norweskich wybrzeży pozostało niecałe 200 mil morskich. Już też coraz bardziej myślimy o ciepłym porcie, choć na publiczne formułowanie takich wypowiedzi jest za wcześnie. Myślę, że dopiero po nocy będziemy na ten temat mówić. Godziny zatem się tracą, mil ubywa jak zwykle mniej niżby się chciało, coraz bliżej do nocy. Cóż, chyba już czekamy, aby się zaczęła i aby ją szybko skończyć.

 

1815 Piotrek podesłał szczegółowe meteo na najbliższe 12 h. Lepsze od poprzedniego, wklejamy się jakoś pomiędzy niże, a przez to mniej dostaniemy po doopie. Myślicie, że będę grał chojraka i pisał, że szkoda? O nie. Jako armator, organizator i kapitan życzę sobie jak najprostszych warunków dla siebie, kapitanów oraz załóg. Nieraz swoje zebrałem od Neptuna i jeszcze wiele przede mną, więc wcale mi za tym nie tęskno. Gdzieś na zachodzie niewielka przerwa w chmurach i pierwszy raz dziś pokazał się skrawek błękitnego nieba.

2000 Jedzenie. Jemy raczej niewiele, trudno chodzić wewnątrz jachtu, a co dopiero mówić o gotowaniu. W iPadzie na którym piszę ten tekst musiałem włączyć blokadę obrotu, bo nie dało się pisać. Ale z racji niedzieli Marcin na śniadanie przygotował pyszną jajecznicę na boczku, a ja na obiadokolację usmażyłem na kuchence bez kardana schab w sosie grzybowym, wykonując kolejny pokaz ekwilibrystyki. Podanie jedzenia musi być do rąk własnych, ponieważ talerz zleciałby ze stołu. Kawę i herbatę podaje się w ilości do połowy kubka, choć i tak już się wiele razy rozlało. W kojach oczywiście sztormdeski, a na głowie cały czas mam czapeczkę, która chroni przed dużą częścią uderzeń. Takie tu „bujne” życie prowadzimy. A na zewnątrz: wiatr nam trochę odkręcił na bardziej północny, tak więc ścigamy się z falami doganiającym nas od tyłu, jest przez to łagodniej, ale z drugiej strony musimy sterować dużo bardziej uważniej, bo ślizgamy się po linii wiatru.

2300 Wstałem na psią wachtę. To trzeba naprawdę lubić, to jest czas dla prawdziwych żeglarzy. Płyniesz w nocy i nawet nie doczekasz świtu. Można by choć wyć do gwiazd i księżyca, ale tym razem znowu totalnie ciemno. Tylko jak wcześniej białe grzywy załamujących się fal po obu stronach burt. Zostało niecałe 150 mil do brzegów norweskich, jakaś 1/3 całej trasy. Powoli zaczyna się czuć bliskość celu. Cały czas podnosi się temperatura wody, obecnie to już 9.5 st. C, a przecież jeszcze niedawno sięgała zera. Płyniemy na pełnym grocie, ze względu na bagsztagi i fale z założoną kontrą. To trochę niebezpieczne rozwiązanie, ale trzeba zaufać umiejętnościom sterujących. Dopada mnie też coś, co czuję od 2 dni: przeziębienie.

17 wrzesień 2018 r. poniedziałek

0100 Północ przeszła dziś jakoś niezauważenie. Chyba zaginęła w otaczającej nas totalnej ciemności. Ale w zamian na AIS pojawiły się przed dziobem w odległości 25 mil dwie jednostki. Bezpieczniej jakby co. Od kilku dni schodzimy mocno na południe, ale i tak wciąż jesteśmy kilkadziesiąt mil powyżej Nordkapp, co tylko uświadamia bardziej gdzie byliśmy. Kolejna doba na morzu w ciągłych przechyłach sprawiła, że na jachcie mamy już chyba wszystko poprawnie zaształowane. Jeszcze kilka godzin wcześniej wsadziłem poduszkę między taborety, aby w końcu przestały się tłuc. Nawet kuchnia nie wydaje już żadnych dźwięków, sztućce grzecznie poukładane w szufladkach, garnki i szklanki podopychane, jest klar i nie ma co poprawiać. Ale i tak zawsze znajdzie się kilka rzeczy do zrobienia, ale z nimi poczekam do ranka.

0220 Jednostki o których ponad godzinę temu pisałem, że zwiększają poczucie bezpieczeństwa okazały się kłopotem. Były w trakcie kładzenia podwodnego kabla i poprosiły przez radio, abyśmy zachowali odległość od nich minimum 3 mile. Ponieważ takim prośbom się nie odmawia musieliśmy zmienić kurs o ponad 30 stopni na wschód i tym samym realizowany precyzyjnie trzecią dobę plan podróży został zaprzepaszczony. Nie dojdziemy już na tym halsie w planowane miejsce oraz o założonym czasie. Ale nie mamy na to wpływu.

0600 Ten pływający zestaw zabrał nam 2 godziny. Ja ukradłem nocy również 2 godziny snu. Znowu musieliśmy refować grota, co nie jest najprostszą sprawą. Tak czy tak doczekaliśmy świtu, bo na razie nie mogę napisać nic o obecności słońca. Zamiast niego mamy deszcz, w różnych odmianach. W tak paskudnej pogodzie nie pojawiły się nawet delfiny, których obecność uznaliśmy wcześniej za stałą. Zostało nam około 100 mil morskich do brzegów Norwegii.

0730 Słońca jednak nie doceniłem. Znalazło gdzieś luki w chmurach i przemyciło na chwilę kilka swoich promieni. Być może możemy liczyć na nie w ciągu dnia, bo są na niebie miejsca, gdzie delikatnie widać błękit nieba. Jesteśmy na szerokości geograficznej Nordkapp.

1000 Położyłem się na tylko 2 godziny, a oni zepsuli złą pogodę. Pierwszy raz odkąd wyruszyliśmy świeci słońce. Coś niesamowitego, bo zdążyliśmy zapomnieć jak wygląda. Niebo pokryte licznymi chmurami – ale spomiędzy nich święci słońce. Niby kawałek okrągłej żarówki, a przyniósł tyle optymizmu, radości, energii i ciepła. Hurra. Z tej okazji dziś na śniadanie znowu jajecznica.

1420 Ląd na horyzoncie. Dostrzeżony przez Marcina. Jeszcze niewyraźny, ale oczywisty.

1700 Przy pięknym słońcu snujemy się niemal sielankowo w stronę lądu. I tak wiemy, że nie dotrzemy przed zamknięciem jakiekolwiek knajpki w której moglibyśmy świętować sukcesy. Jesteśmy też w zasięgu sieci komórkowej i mogę samodzielnie sprawdzić meteo. I przyznać rację Piotrowi: mieliśmy olbrzymie szczęście i zebraliśmy tylko totalne minimum otaczającego nas łomotu. Nad Wyspą Niedźwiedzią sztorm, bliziutko – rejonach Lofotów dwa połączone niże generują sztorm. My dostaliśmy za swoje, ale dziś zostaliśmy oszczędzeni. Piotrek przez telefon pogratulował mi prędkości przelotowej.

 

1930 Wpływamy spokojnie pomiędzy szkierowe wyspy. Za nami piękny zachód słońca, odcinające się strzeliste góry. Czyż może być piękniej? Może.

2130 Od ponad godziny nad naszymi głowami i wszędzie wokół odbywa się niesamowity spektakl. Zorze polarne. Coś nieprawdopodobnego. Nie do opisania. Spełnienie marzeń. Wszystko oglądane z pokładu jachtu. Miazga. Już za 3-4 godziny powinniśmy dopłynąć do Tromso i zakończyć ten etap naszego rejsu. Niesamowitej przygody.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
%d bloggers like this: