Jak z kapitana jachtowego zrobiono ze mnie okrętową ciurę …

Moja relacja dotyczącą ubiegłorocznych przygód na północy wzbudziła duże zainteresowanie i sporo emocji, pytań do mnie, korespondencji. Było to z góry oczywiste. Jak powiedział klasyk: tylko prawda jest ciekawa. Zawsze staram się tego trzymać idąc od wielu lat przez życie.

Normalny człowiek, kiedy zostaje bezpardonowo i z pełnym tupetem zaatakowany czuje się w pierwszej chwili bezbronny i zażenowany. Nie posiada mechanizmów chroniących go przed agresją i wszystko bierze do siebie, co jest niesamowicie stresujące i niszczące. Dopiero po jakimś czasie udaje mu się na spokojniej reagować i przyjmować sytuację w której się znalazł. Dla mnie i dla mojej żony Gosi ostatnie dziesięć miesięcy to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Próbowaliśmy ochronić siebie, nasze życie, to co robimy przed ludźmi, którzy chcieli nas zniszczyć. To co zostało zbudowane wokół nas wymaga odpowiedzi i dlatego odpowiadam. Sprawy o których piszę potrafię obronić posiadanymi pre siebie dowodami.

Na wstępie muszę przyznać, że nie byłem przygotowany właściwie do funkcjonowania w tym żeglarskim, północnym świecie. Wszedłem w niego jako pasjonat, z zamiłowaniem do żeglowania po arktycznych krainach i naiwnie postrzegałem innych swoją miarą, mając w większości przypadków rację.

Pomimo tego, że już od ponad 20 lat skutecznie prowadzę działalność w innej branży, zrealizowałem kilkaset trudnych projektów z firmami, które mogłyby mnie zjeść małą łyżeczką – zawsze obowiązywały jakieś zasady i można było się ich trzymać. Podpisywałem trudne umowy, szacowałem ryzyka, czasami trzeba było dojść do porozumienia, ale zawsze się to udawało.

Do dziś się sobie dziwię, dlaczego zatem tak łatwo nawiązałem współpracę z Natango i dałem rozegrać się jak dziecko. Tylko po części tłumaczy mnie mój sposób patrzenia na świat, gdzie ufa się człowiekowi, a słowo jest cenniejsze od wszystkiego.

Długo zastanawiałem się nad publikacją moich relacji. Cierpliwie wytrzymywałem kolejne kłamstwa i na początku, jeszcze w listopadzie ubiegłego roku próbowałem się jakoś dogadać. Kilka telefonów, maili. Bezskutecznie. Po jakimś czasie osobom z Natango nie wystarczyło już podawanie nieprawdy o naszej ekspedycji, zaczęły się ataki na moją osobę, niszczenie mojego dobrego imienia, opluwanie i zachowania rodem z rynsztoku. 

Już nie dało się być ponad tym, nie dotykać tego. Wraz z Gosią przeżywaliśmy trudne chwile, nie mogliśmy się pogodzić, że można posuwać się do tak brudnych działań. Nadal długi czas staraliśmy się nie reagować, odciąć się od tych ludzi, mieć to za sobą. Ale nasze milczenie tylko otwierało pole do kolejnych ataków. Tym bardziej, że zostaliśmy również oszukani i okradzeni w innych sprawach i to one zaczynały ciążyć. 

Samo zamieszanie wokół ubiegłorocznej ekspedycji było tylko przykrywką innych działań mających na celu zniszczenie nas i Men of Sea. W grę wchodziły również włożone przez nas duże pieniądze w nowy, wspólny projekt z Natango i z tego powodu kilka miesięcy temu musieliśmy złożyć w sądzie i prokuraturze pierwsze sprawy, próbując uzyskać zadośćuczynienie na drodze prawnej. 

Wiele zaprzyjaźnionych z nami osób radziło by nie milczeć. Wielu ludzi, którzy poznali mnie na morzu również chciało dowiedzieć się więcej. Skontaktowały się również ze mną osoby mające podobne historię żałując, że informacje od nich nie zostały upublicznione. Cóż mogłem na to powiedzieć po fakcie…

Postanowiłem zatem wpuścić prawdę w przestrzeń publiczną, aby zawalczyć o moje i Men of Sea dobre imię. Być może jako przestroga dla innych…

Stąd też – jako pierwszy krok – moja relacja. Nie przeczytacie tego u drugiej strony. Tam – już prawie nie znajdziecie mojej osoby i możecie zastanawiać się, czy w ogóle brałem udział w tej ekspedycji. Jeśli trochę poszperacie to znajdziecie „piękne laurki” na mój temat. I choć utarło się mówić, że „prawda leży pośrodku” – to nie w tej sytuacji. 

Gdy stoi słowo przeciwko słowu – warto wiedzieć, kto je wypowiada i jaka jest jego wiarygodność. I o tym będzie dziś. Pozwolę mówić drugiej stronie.

Niniejsza relacja dotyczy zorganizowanej i przeprowadzonej w roku 2020 wspólnie przez Men of Sea i Natango Ekspedycji na północ Svalbardu, w trakcie której pomimo trudności organizacyjnych wynikających z ograniczeń covidowych udało się opłynąć od północy archipelag Svalbard i ustanowić nowy rekord Polski w żegludze na północ przebijając się na 84°17′31″N.

Wracając do początku…

Kiedy na początku marca 2020 r. Azimuth wrócił po niemal dwóch latach spędzonych w Arktyce do Polski nie przypuszczałem, że najbliższy rok potoczy się w taki sposób. O koronawirusie dopiero zaczynało być głośno, ale nie mówiło się jeszcze wtedy o zamykaniu granic. Sytuacja zmieniała się jednak dynamicznie z tygodnia na tydzień i coraz mniej realne wydawało się, że ograniczenia wynikające z pandemii pozwolą zrealizować północne plany. 

W nich – głównym punktem była kolejna próba opłynięcia archipelagu Svalbard. Projekt realizowany przeze mnie od trzech lat, dla którego poświęciłem wiele czasu, energii i pieniędzy. Moje największe żeglarskie marzenia. I gdy wydawało się, że jestem coraz bliżej celu, na drodze niczym mur stanęła przeszkoda: pandemia i brak możliwości podróżowania. Norwegia, przez którą mieliśmy dostać się na północ co chwilę wprowadzała kolejne ograniczenia, by ostatecznie zamknąć się na świat.

Weszliśmy w tym czasie w planowany remont jachtu. Zajmował się nim Paweł, określając potrzebny czas na 2 miesiące. Mieliśmy wymienić silnik, sprawdzić i poprawić elektrykę, trochę instalacji. Prawdą jest, że remont się wydłużał i dochodziły ciągle nowe zakresy prac. Pojawiały się też problemy z przerwanymi przez Covid łańcuchami dostaw, nowe ograniczenia dotyczące pracy, przemieszczania, dostępu do mariny. O Azymucie napiszę innym razem. W tym czasie wszyscy odwoływali swoje żeglarskie plany i spisywali rok na straty. My postanowiliśmy wykorzystać czas na prace przy jachcie.

Nie pogrzebałem jednak zupełnie swoich planów i cały czas miałem nadzieję, że sytuacja się zmieni. Kiedy, raczej niespodziewanie, na przełomie czerwca i lipca zaczęły pojawiać się sygnały o możliwości otwarcia Norwegii zacząłem ponownie działać. Azimuth nie był wówczas gotowy, dlatego zwróciłem się z pomysłem wspólnego zorganizowania wyprawy do pp. Górajków z Natango. Oni, jak wszyscy, zrezygnowali z północnych wypraw i zaplanowali rejsy po Bałtyku. Moja propozycja otwarła przed nimi nową możliwość.

Z pp. Górajkami poznaliśmy się niecały rok wcześniej na Svalbardzie, kiedy Azimuth miał problemy ze starym silnikiem, a p. Andrzej Górajek starał się nam pomóc. Znajomość rozwinęła się tak, że byliśmy na etapie zakupu nowego jachtu Magic i planowaliśmy połączyć nasze podmioty mocniejszą współpracą. Poza szeregiem wstępnych pomysłów przedstawiłem projekt wspólnej wyprawy na jachcie Ocean B. Ja wraz z Gosią i p. Haliną Górajek miałem się zająć organizacją wypraw po Svalbardzie oraz późniejszymi jesienno-zimowymi trasami po północnej Norwegii. P. Andrzej miał zająć się sprawami technicznymi dotyczącymi jachtów, w tym sprowadzeniem do Polski Magica, pracami na Oceanie B, Oceanie M i Azymucie. Zaczęliśmy działać.

Główny wysiłek organizacyjny wyprawy wzięliśmy na siebie. Należało ponownie zaplanować trasy, znaleźć nowych uczestników i uzyskać zgodę od Gubernatora Svalbardu na pływanie. Były to trudne zadania, szczególnie uzyskanie zgody w czasach ograniczeń cowidowych. Największą pracę wykonała tu Gosia tworząc wielostronicową politykę antycovidową, która pozwoliła nam, jako jedynym na świecie ostatecznie uzyskać zgodę. Men of Sea również musiało podołać zadaniu zebrania w krótkim czasie uczestników, ponieważ ze strony Natango zapisały się trzy osoby. Całe szczęście daliśmy radę.

Nie da się zamknąć w jednym, powyższym akapicie ile wysiłku, czasu i pracy musieliśmy włożyć w organizację wspólnej wyprawy, wie o tym dobrze Gosia, ja i nasi przyjaciele.Z strony Men of Sea poza Gosią i mną w organizację włączył się również Piotr (ochrona meteo), Artek i Kasia (działania medialne), Paweł, Ania (ochrona medyczna) i Kamil (zastępca kapitana na dwóch wyprawach).

Uzgodniliśmy wówczas, że wspólnie – jako Men of Sea i Natango – zorganizujemy rejs ze Szczecina na Svalbard, kilka tras na miejscu oraz powrót do Norwegii. Rejsy miały być prowadzone przeze mnie i p. Andrzeja. Pierwszy (Szczecin – Tromso) mieliśmy płynąć wspólnie, ponieważ w tym czasie miałem zapoznawać się z jachtem Ocean B, następnie miałem na chwilę wrócić do Polski w czasie, gdy p. Andrzej przeprowadzi jacht na Svalbard. Tam miałem go zmienić i z tego co wiem pierwszy raz jacht miał być prowadzony przez innego kapitana, czyli przeze mnie. To uznanie moich doświadczeń, wiedzy i umiejętności przez armatora jest istotne w kontekście późniejszych wypowiedzi na mój temat.

Ostatecznie 22 lipca 2020 r. ruszyliśmy na północ. Nie mieliśmy wówczas ustalonych planów na zorganizowanie rekordowej ekspedycji, aczkolwiek w głowach na pewno nosiliśmy takie zamiary. Do konkretnych ustaleń doszło dopiero po 20 sierpnia 2021 r. W tym czasie pływałem po Svalbardzie, a p. Andrzej był w Polsce. Obserwowaliśmy na bieżąco mapy lodowe i pojawiła się szansa opłynięcia Svalbardu oraz pójścia daleko na północ. W naszej rozmowie telefonicznej okazało się, że myślimy o tym samym, ale daliśmy sobie 1-2 doby na przemyślenie czy jesteśmy w stanie zmienić plany i zorganizować ekspedycję. Znowu zamykała się Norwegia i ponownie problemem stawało się dotarcie do niej. Ja musiałem również poprzekładać swoje plany zawodowe, bo oznaczało to późniejszy powrót. Wraz z Gosią mocno się zastanawialiśmy, ale decyzja była na tak. Mieliśmy świadomość szansy na zrobienie czegoś dużego. 

W kolejnej rozmowie z p. Andrzejem zdecydowaliśmy, że podejmujemy próbę oraz, że ekspedycję będziemy prowadzić wspólnie – jako dwaj kapitanowie.

Mail od p. Haliny Górajek w sprawie prowadzenia ekspedycji. Zasłonięto fragment dotyczący spraw rodzinnych.

Wiem, że taka koncepcja wyda się wielu niemożliwa do zrealizowania. Że pojawią się pytania, jak jeden kapitan powie płynąć w prawo, a drugi w lewo – to czy trzeba podzielić jacht. Uwzględnijcie jednak to, że ustalenia podejmowali dwaj doświadczeni w tych rejonach kapitanowie, dla których nie był to pierwszy w życiu rejs i że były ku temu ważne powody, żeby tak to ustalić.

To Men of Sea i Natango wspólnie organizowało cały projekt, to ja i p. Andrzej prowadziliśmy dotychczasowe rejsy ekspedycji i mając świadomość, że mamy szansę zwieńczyć wspólnie kilkuletnie plany – taką podjęliśmy decyzję. Niestety – nie zostało to sformalizowane na piśmie, miałem wówczas duże zaufanie, byliśmy w dużym biegu, ja pływałem po Svalbardzie, a dodatkowo mieliśmy większe wspólne plany sięgające najbliższych lat, w których ekspedycja stanowiła mocne wejście w projekt. 

Wtedy też, 3 września na naszym fp pojawiła się informacja o połączeniu działań Men of Sea i Natango, a dzień później opublikowaliśmy informację, że wspólnie realizujemy Ekspedycję dookoła Svalbardu. Te posty możecie znaleźć na naszym fp, bo równoległe wpisy po stronie Natango zostały usunięte lub wyedytowane jakiś miesiąc po zakończeniu projektu.

Jak przebiegała ekspedycja możecie przeczytać na fp Men of Sea, gdzie Gosia publikowała na bieżąco przekazywane przeze mnie telefonem satelitarnym informacje. Gosia mając świadomość, że ekspedycja jest współorganizowana przez oba podmioty oraz prowadzona przez dwóch kapitanów starała się zachować symetrię w przekazywaniu informacji o odniesionym sukcesie publikując na poszczególnych grupach posty, w których zmieniała nawet kolejność wymienianych podmiotów i kapitanów.

Dzięki niej oraz Artkowi wiadomości o ekspedycji zostały opublikowane u naszych partnerów medialnych czy też w mediach ogólnopolskich. Podzieliliśmy się swoimi dużymi zasięgami z Natango i wypromowaliśmy ich. W naszych postach mających ponad 300 tysięcy odbiorców pisaliśmy równorzędnie o obu podmiotach i kapitanach, co przy wcześniejszych zasięgach postów Natango wynoszących 200-300 odbiorców stanowiło dla nich olbrzymi wzrost. 

Jak wyglądało informowanie z naszej strony o ekspedycji możecie zobaczyć i dziś. I choć parzą nas nazwiska wymienianych osób na naszych stronach – posty pozostały niezmienione. Podmieniliśmy jedynie zdjęcia, gdyż w trakcie trwania ekspedycji nie byliśmy w stanie przesyłać ich przez telefon satelitarny.

Czas oddać głos drugiej stronie. 

W trakcie ekspedycji, po jej zakończeniu oraz przez okres jakiegoś miesiąca w publikacjach pp. Górajków na swoich fp, forach oraz korespondencji podawali prawdziwą informację o współorganizowaniu ekspedycji przez Men of Sea i Natango, a także o prowadzeniu jej przez dwóch kapitanów.

W dniu 28 września 2020 r. p. Halina Górajek wysłała do mediów przygotowaną przez siebie notatkę prasową o załączonej poniżej treści (wyróżniono istotne informacje). Tego samego dnia opublikowała to również na forum żeglarskim www.zegluj.net.

Na swoich portalach fb Natango, p. Górajkowie oraz uczestnicy wyprawy publikowali informację o tym, że ekspedycja była organizowana przez Men of Sea i Natango, a prowadziło ich ją dwóch kapitanów: Andrzej Górajek i ja.

Zaprezentuję kilka zrzutów ekranów z ich stron. Są bardzo cenne, prawie historyczne, bo już ich nie znajdziecie: zostały usunięte lub zostały wyedytowane. 

Jednak w na przełomie października i listopada 2020, trochę ponad miesiąc od zakończenia ekspedycji wiatr historii w Szczecinie zaczął wiać od innej strony. Nasza współpraca z Natango zaczęła się rozsypywać, a jedną z jej ofiar była prawda o ekspedycji. Przyczyny tej zmiany należy upatrywać gdzie indziej, a mianowicie w sfinansowanym przeze mnie w 95% zakupie nowego jachtu Magic, przy 5% udziale pp. Górajków. Moi znajomi – trochę zbyt późno ostrzegli mnie, że Magic może podzielić los jachtu Ocean A. Ale to odrębna historia. 

Najpierw zaczęło się delikatnie. Okazało się, że przestałem być kapitanem. Ale coś należało ze mną zrobić, więc wymyślono funkcję starszego oficera. Przed nami było kilka konkursów żeglarskich, no więc po co dzielić się sukcesami. Zaczęły być edytowane i usuwane wpisy na stronach Natango, fb i forum.

Z cyklu: znajdź różnice.

To jednak na dłuższy czas nie wystarczyło i potrzebna była nowa wersja prawdy. Zaczęło się nagle okazywać, że Men of Sea już nie organizowało ekspedycji, a jedynie wyczarterowało jacht na dwa komercyjne rejsy. I nie ważne, że mamy mnóstwo dokumentów i korespondencji, które temu przeczą. Rządzi zasada: kłam, kłam, kłam – a coś z tego zostanie. W tle tego wszystkiego oczywiście wątek finansowy.

W tym czasie próbowaliśmy ze swojej strony dojść do jakiegokolwiek porozumienia, ale ilość spraw, konfliktów tylko narastała. Pomimo tego złożyliśmy do najbardziej prestiżowej nagrody Srebrny Sekstant w konkursie Rejs Roku 2020 zgłoszenie ekspedycji. W zgłoszeniu podaliśmy nazwiska obu kapitanów oraz nazwy podmiotów. Zgłoszenie zostało przyjęte, a wyprawa wyróżniona.

Komunikat poszedł w świat, aczkolwiek wokół zaczęło się już kotłować, gdyż dla pp. Górajków już w tym czasie nie do przyjęcia było wymienienie mnie jako kapitana ekspedycji. Według ich „prawdy” o ile byłem na tym rejsie (co nie zawsze jest oczywiste) to co najwyżej jako „starszy oficer”. Jako super dowód potwierdzający ten fakt służyła przygotowana po zakończeniu karta informacyjna rejsu, która to rzekomo potwierdzała. I nic im nie przeszkadzało to, że autorem tej karty był p. Andrzej Górajek, a poświadczył armator: p. Halina Górajek, skoro nad wszystkim widniały loga Polskiego Związku Żeglarskiego. W wyniku wywołanego przez nich zamieszania została anulowana nagroda „z przyczyn formalnych”.

A dziś z perspektywy czasu stwierdzam, że bardzo dobrze. Nagrody się przydają, pomagają w późniejszym organizowaniu wypraw, łatwiej znaleźć pomocne i życzliwe osoby, jednak nie za wszelką cenę. Ucieszyłem się, że przynajmniej w tej sprawie moje nazwisko nie jest łączone z nim. Myślicie, że żartuję? O nie… Kilka tygodni temu organizatorzy Kolosów zwrócili się do nas o połączenie odrębnie zgłoszonych projektów w jeden, który miał szansę być nagrodzony. W naszym imieniu opisała Gosia, że nie jest to możliwe i że nie chcemy być kojarzeni z p. Andrzejem Górajkiem, że weszliśmy przeciwko niemu na drogę prawną. Oczywiście wiedzieliśmy z góry jaki efekt przyniesie wyrażona w takiej formie rezygnacja, a Wy zapewne dowiecie się wkrótce.

Dezinformacja o ekspedycji była szerzona dalej i we wszystkich możliwych miejscach. Docierały do nas co chwilę informacje z różnych stron, w tym od naszych patronów medialnych, że otrzymują korespondencję w których wzywani są do napisania „nowej prawdy” odnośnie informacji, które ukazały się miesiące wcześniej. Do tych, którzy nas pytali wystarczyło do wyjaśnienia podesłać zrzuty ze stron Natango, od razu rozstrzygała się kwestia wiarygodności.

Poza informacjami puszczanymi w eter szedł dodatkowo w każdym możliwym miejscu i przy każdej sposobności przekaz bezpośredni na temat mojej osoby. W ostatnich miesiącach zwróciło się z tym do mnie w tej sprawie kilkadziesiąt moich znajomych. W zasadzie za większością moich kroków podążał złowrogi duch pp. Górajków. Tak jakby nie potrafili żyć swoim życiem. Przykładowo wokół mojej prezentacji w Południku Zero została zrobiona burza. Pomimo tego, że nie podejmowałem żadnych kroków obronnych nadal byłem głównym celem. Któryś z moich znajomych obserwował jedną z prezentacji w zoom pp. Górajków dla klubu żeglarskiego. Pan Andrzej Górajek nie za bardzo potrafił obsługiwać zoom’a i co chwilę włączał widok na swój pulpit. Na nim poza katalogami dotyczącymi mojej osoby była też zgrana nielegalnie moja prezentacja w Południku Zero. Jej fragment nawet uruchomił się w trakcie jego prezentacji.

Tu w zasadzie mógłbym zakończyć mój opis tego wszystkiego co działo się wokół ekspedycji. To co obserwatorzy zauważali było wystającą nad wodą małą częścią lodowej góry. A sama ekspedycja jest tylko jedną z gór z pola lodowego w którym muszę się poruszać. Nikt, poza mną, Gosią, Artkiem, moją kancelarią nie dostrzega całości, a pomimo tego chętnych do oceny nie brakuje. Jeśli jednak ktoś obiektywnie przenalizuje zmieniające się w przekazie Natango informacje – powinien sam udzielić sobie odpowiedzi, kto piszę prawdę a kto uprawia propagandę.

Jednakże trudno przemilczeć “laurki” jakie na mój temat wystawia p. Halina Górajek. Bo jeśli przypomni sobie, że byłem na ekspedycji to zaczyna pisać o mnie w poniżej zaprezentowany sposób.

Czasami jednak wodze fantazji i faktokreacji puszczone są zupełnie i wtedy na forach żeglarskich publikowane są “cięższe” ataki na mnie, co w zestawieniu z mottem p. Haliny na forum „Jestem w tym wieku, że milczę gdy ktoś opowiada głupoty. Szkoda mi czasu na walkę z idiotami” nabiera nowego znaczenia. Przez ostatnie pół roku wziąłem to motto za swoje.

Troszeczkę tych perełek pozbierałem (forum.zegluje.net) i możecie się z nimi zapoznać poniżej. Wyróżnione są kursywą. No cóż, dodałem też moje komentarze, bo trudno było nie reagować.

Zapraszam do ciekawej lektury.

Podstawowe zajęcia Marka Rajtara podczas całego rejsu można (wg jego priorytetów) określić jako:

Robienie zdjęć – przy tej czynności tracił poczucie czasu, zapominał o całym świecie łącznie z obowiązkami. Fakt robi piękne zdjęcia, ale czy są one powodem do tego by wręcz olewać wszystko inne?

Obrabianie zdjęć – Marek zarywał cały czas przeznaczony na sen, już i teraz. W rezultacie, jeśli był na wachcie to nie był w pełni sprawny.

Ten wątek robienia zdjęć jest bardzo istotny w całej historii, ale o tym innym razem. Sugeruję jednak, aby p. Halina przepracowała z sobą stanowisko, czy ja zarywałem noce na obróbkę zdjęć czy jednak cały czas spałem.

Wysyłanie SMSów z irydium do żony, by wstawiała relacje na stronie FB Men of Sea. Na jaką skalę było to robione dowiedzieliśmy się po otrzymaniu bilingów. Robił to na swoich wachtach. 1 wiadomość to max 130 znaków. Wiadomości były wysyłane nawet 2x dziennie. Każdy kto ma Irydium wie ile zajmuje „klepanie” informacji. Po wysłaniu Marek usuwał wysłane informacje, tak by nie było śladu. Wszystko robił na swoich wachtach. Już pomijam fakt, że nie po to mamy Irydium, i że to Natango zapłaciło kilka tysięcy złotych za odpowiednio duży pakiet gwarantujący nam możliwość ściągania prognoz itp.

Moja rada:  dowiedzieć się, że ważne dla ekspedycji prognozy pogody oraz lodowe nie spadały nam same z nieba jak manna. Tworzyłem je wspólnie z Piotrkiem z naszej ekipy, który był naszą ochroną meteo. Aby jego praca dla nas miała wartość dwa razy dziennie (koło dziesiątej rano i w nocy, tuż przed publikacją nowych modeli) wysyłałem do Piotrka sms z naszą pozycją, aktualnymi warunkami pogodowymi i planami na najbliższy czas. W zamian otrzymywałem profesjonalne meteo, a przy okazji na mapę udostępnioną zainteresowanym nanoszona była nasza pozycja.  Dzięki temu wiele osób dwa razy na dobę czuło ulgę widząc, że z nami wszystko w porządku.

Usuwanie wiadomości. Trzeba posiadać więcej wiedzy na temat działania Irydium, które pracuje na karcie typu „stary gsm”. Ona szybko się zapełnia i po zapełnieniu zawiesza się blokując telefon Irydium. I w tym momencie nic nie można zrobić, ani wykasować starych wiadomości, ani przyjąć nowe, telefon się “wiesza”. Jedynym rozwiązaniem jest włożenie karty do starej Noki lub Motoroli i skasowanie jej pamięci. Ja o tym wiem i takie detale, staranność i wiedza decydują później o powodzeniu ekspedycji. A przy okazji kasowania przepisywałem wiadomości do ogólnie odstępnego zeszytu.

A co do kosztu Irydium – to w dniu 21 grudnia 2020 r. zapłaciłem Natango za połowę kosztu rocznego abonamentu Irydium, choć cała ekspedycja trwała niecałe 3 miesiące.

(Obowiązki Rajtara) Jako ostatnie można wpisać pełnienie wachty.

Być może z perspektywy p. Haliny nie widać było prac wacht, dlatego muszę przypomnieć: przed wypłynięciem na ekspedycję podzieliłem naszą czteroosobową załogę na trzy jednoosobowe wachty nawigacyjne (Paweł, Jacek, Iwona) oraz jedną kambuzową (Halina). Ja i p. Andrzej nie byliśmy ujęci w grafiku wacht, tylko na zmianę pełniliśmy pomocny nadzór nad wachtami dzieląc się czasem. Większość nocy obejmowałem ja, bo mam naturę nocnego …. Marka ;-). A Ci co ze mną pływali z pewnością zaświadczą, że w trakcie rejsów bardzo mało sypiam i nigdy w trudniejszych i kluczowych częściach wyprawy. To chyba moja największa żeglarska wada: nie potrafię spać na zawołanie.

Podczas feralnego momentu  (tu chciałbym, choć raz usłyszeć odpowiedź dlaczego została wytyczona trasa przez skały zamiast WIELKIMI LITERAMI pisać o tych co rzekomo nic nie robili) uderzenia w skały TYLKO Marek Rajtar był POD POKŁADEM. W ogóle nie zareagował. Nie wyszedł, nie pomagał. Zajął się sobą. Jak zeszłam pod pokład to widziała jak się pakował. Ta czynność zajęła mu kilka godzin. Pakował, przepakowywał, sortował.  Tylko własne rzeczy. Przy okazji co jakiś czas informował mnie, że już żegna się z życiem, że czas napisać testament. Po akcji pakowania poszedł spać. Kolejnego ranka rozpoczął nękanie wszystkich po kolei pytaniami „ale kto był na wachcie”, „musimy zrobić naradę”. Robił co robił. Natomiast Andrzej, Paweł i Jacek przez noc poczynili obserwacje, ustalili kilka planów działania, które były kolejno realizowane. …. Rajtar niczego nie polecał, niczego nie nadzorował. On w tym czasie spał.Tak więc w czasie gdy Marek Rajtar śpi – pozostała piątka pracuje.

No cóż, trzeba mieć bardzo bardzo dużo tupetu, aby o kapitanie który zorganizował i poprowadził setkę arktycznych wypraw i ekspedycji, Svalbard eksplorował wielokrotnie, pływał po Grenlandii, Cieśninie Magellana, opłynął Cape Horn napisać powyższe słowa. Spróbujcie sobie wyobrazić całą sytuację: wszyscy pracują, a najbardziej doświadczona osoba nie robi nic. Nikt nie reaguje, nie dochodzi do rękoczynów, a każdy na zakończenie rejsu żegna się przyjaźnie. W to nawet zwykły laik nie jest w stanie uwierzyć.

Żegnanie się z życiem i testament. Pani Halina zapomniała, że ta sytuacja była odwrotna. Bo ja testament napisałem wiele lat wcześniej, o czym z resztą informowałem w prowadzonym przez siebie wcześniej szkoleniu dla kapitanów o pływaniu w trudnych warunkach (zapis na kanale yt Men of Sea). A ja pomimo kilkunastu innych zadań znalazłem czas, aby płaczącą pod pokładem p. Halinę spróbować pocieszyć dobrym słowem. I to ona prosiła mnie, aby przy pomocy Irydium poprosić Gosię, aby przekazała dzieciom, żeby coś zrobili z pieniędzmi na koncie. A testament, choć tym razem raczej należałoby napisać – cyrograf, sporządzał ktoś inny. Po opanowaniu sytuacji podszedłem do p. Haliny i powiedziałem: Trzeba podziękować Opatrzności. Usłyszałem w zamian: Oddałam duszę diabłu za jacht.

O zachowaniu Marka Rajtara pod pokładem nie wie Andrzej i Paweł. Najwięcej wiem ja i Iwona. Obie uzgadniamy, że nie można go spuścić z oka i w razie co trzeba pacyfikować. Może Marek Rajtar myślał sobie, że tak bardzo chcemy przebywać w jego towarzystwie … Uznaliśmy, że facet jest niebezpieczny i nie wiadomo co wymyśli. Jest angażowany do prostych prac. Technicznie niczego nie ogarnia, może tylko być za „przynieś, wynieś, trzymaj”. … Rajtar był wypoczęty, ale także chętnie skorzystał z przespania kilkunastu godzin.

Uznanie mnie za niebezpiecznego delikwenta, którego należy pilnować i w razie czego pacyfikować – finezja polotu. Muszę napisać p. Halinie, że przeoczyła coś istotnego: jako jedyny posiadałem uprawnienia i broń na pokładzie i zapomniała o zabezpieczeniu jej, zarówno w tej sytuacji, jak i w każdym z kolejnych dni. A jeżeli nadal uznaje mnie za osobę nieprzewidywalną i niebezpieczną to musi się zwrócić do Policji, aby cofnęła mi pozwolenie oraz zweryfikowała profesjonalne badania i testy dopuszczające do egzaminu – bo widocznie nie są skuteczne, skoro przepuściły przez sito taką osobę jak ja …

Technicznie nie ogarnia. Jeśli nie wystarczy urzędowe potwierdzenie, że ukończyłem technikum z wynikiem celującym, studia z tytułem magistra INŻYNIERA z nagrodą Ministra MSWiA to muszę przypomnieć, że jestem armatorem wyprawowego jachtu Azimuth i w ciągu ostatniego pół roku „ogarnąłem’ kompletny remont jachtu: silnika, instalacji, wszystkiego. Pomimo tego, że w tej kwestii państwo Górajkowie sypali mi piach w koła przy każdej możliwej okazji.

Do dylematu p. Haliny co tak naprawdę robiłem na jachcie: czy spałem czy zarywałem noce na obróbce zdjęć dochodzi jeszcze wielogodzinne pakowanie.  

Przeskoczę do spotkania ze statkiem. Marek Rajtar nadal wykonuje polecenia. Dostał polecenie by skomunikować się z lądem i ustalić, czy jest szansa na holowanie. Opiera się temu bardzo. Dochodziło do spięć, bo nie wykonywał poleceń. Po nawiązaniu kontaktu ze statkiem był przeciwny temu, by nam pomogli. Nie wiem co mu się roiło, ale okazywał dezaprobatę. Iwona dostała polecenie od Andrzeja by rozmawiać ze statkiem. Robiła to dobrze. Rajtar, bezustannie jej się wtrącał, że nie prowadzi rozmowy tak jak było na kursie. Ona cała w nerwach, bo Rajtar stoi jej nad uchem, kompletnie nie rozumiejąc o co pytają, nie rozumie że formułki ze szkolenia to może sobie wsadzić. Widzę jak Andrzej się już „gotuje”. Podeszłam więc do Rajtara i kazałam mu spier…

Czytając powyższe znowu muszę odwołać się do Waszej wyobraźni. Dlaczego, z jakiego powodu miałbym być przeciwny pomocy ze strony statku w trakcie prowadzonej przeze mnie i współorganizowanej przez Men of Sea ekspedycji? Zastanówcie się i spróbujcie znaleźć powód, bo ja nie potrafię znaleźć nic sensownego. A jeżeli w poprzednich dniach byłem niebezpieczny to należało mnie związanym przekazać na wojskowy statek. Cała ta narracja słabo się trzyma, a szkoda – bo mogła by być z tego niezła bajka.

O radiu również proponowałbym milczeć. Tym bardziej w kontekście sytuacji sprzed kilku dni, gdy w trakcie desantu p. Andrzej odpowiadał za łączność na brzegu, nie przeprowadził żadnej łączności standardowej przeoczając tym samym, że mu się w kieszeni zmienił kanał w radio. P. Halina, która została na jachcie zauważyła na brzegu niedźwiedzia idącego w naszą stronę i próbowała nas powiadomić bezskutecznie przez radio. Tu podpowiadam, może się przyda w przyszłości: można spróbować nadać inny sposób komunikat, choćby odpalając w naszym kierunku rakietę sygnalizacyjną. Zwróciłoby to naszą uwagę i zapobiegło olbrzymim nerwom p. Haliny, w wyniku których po zakończeniu desantu mieliśmy niepotrzebnie cichą dobę i fatalną atmosferę na jachcie.

Ja mając świadomość rangi komunikacji od początku ekspedycji uczyłem Iwonę jak prowadzić łączność. Zawsze rozdzielam obowiązki i funkcje pomiędzy członków załogi, żeby nie było jednej osoby bez której wszystko się zawali. Słowo „spier…” nie padło w tamtej chwili, ani kiedy indziej, troszkę się jednak szanujmy. Chyba, że w kierunku kogo innego, np. p. Andrzeja, który w tym czasie zamierzał zamachnąć się kluczem na norweski okręt wojenny. A ocenienie treści prowadzonej w języku angielskim korespondencji pomiędzy nami a okrętem wojennym też nie należy do kompetencji p. Haliny. Do tego trzeba znać angielski ….

Ubezpieczenie – ratownictwo. Kto pływa w tamtym rejonie, wie o czym piszę. Ani Marek, ani Małgorzata Rajtarowie tego nie rozumieją. Ludzi, których mustrowali w 2020 na Oceana B, w rejs prowadzony przez Marka Rajtara, byłam zmuszona  ubezpieczać, za własne pieniądze. I mam na to dokumenty.

Wszechobecny wątek ubezpieczenia. Wielokrotnie poruszany przez nas przed, w trakcie i po ekspedycji. Zarzucenie mi i Gosi nie rozumienia tematu, kiedy zawsze co roku w pełny zakresie ubezpieczamy jacht Azimuth, a nasze zdziwienie polega na tym, że Ocean B nie posiada takich polis. Wymogiem Gubernatora Svalbardu jest posiadanie polis gwarantujących ratownictwo. Takie Azimuth posiada. Nie zmuszamy uczestników naszych wypraw do zawierania odrębnych polis na ratownictwo, po to, aby następnie w ten sposób spełnić wymagania administracji norweskiej. “Własne pieniądze”? Jak w innych sprawach partycypowaliśmy po połowie w koszcie. 

Kończąc powyższą wypowiedź pozostawiam Was samych z tym co napisałem. Ja i Gosia jesteśmy już po przejściu całej sytuacji. Żeglujemy na własnym jachcie po Svalbardzie, kilka dni temu udało się opłynąć Spitsbergen i powoli zacieramy pamięć o fatalnym ubiegłym roku. Temu służyć mają również moje publikację, którymi rozliczam się z tym czasem.

EnglishGermanNorwegianPolish
Copy Protected by Chetan's WP-Copyprotect.