• Polski
  • Deutsch
  • English

Arktyczne spotkania

Niby na bezludziu

27 lipca 2017 r.

Nigdy nie wyobrażałem sobie nawet, że może mnie spotkać tak intensywny dzień. Pełen spotkań, niesamowitych miejsc i doznań. I to jeszcze na dodatek na północnym krańcu świata. A jednak – tu gdzie wariuje kompas – wszystko jest możliwe.

Ranek zastał nas w rejonie Magdalenefjorden, pierwszego dzikiego i magicznego fiordu. Wiatr tunelami pomiędzy strzelistymi szczytami nabierał na sile, ale za to zmalała fala. Można było spokojnie podpłynąć pod czoło lodowca. Widok był zapierający, olbrzymia ściana biało-niebieskiego lodu, schodząca do błękitnej wody, uwieńczona szczytami gór. 2 godziny spędzone w tym miejscu zostaną w pamięci na długo.

Przed nami jednak jeszcze 100 mil do następnego punktu trasy, więc należało się zbierać. Całe szczęście, warunki na zewnątrz zmieniły się i już zdecydowanie łagodniej mogliśmy piąć się na północ.

Północno-zachodnia cześć archipelagu była utworzona przez grupę mniejszych wysp. Pływaliśmy pomiędzy nimi, polując obiektywami naszych aparatów na niedźwiedzie, ponoć bardzo często spotykane w tym rejonie. Nawet niemal pewnik, leżący na brzegu nieżywy wieloryb będący miejscem ucztowania niedźwiedzi nie pozwolił nam na ich spotkanie.  Cóż, należało płynąć dalej, po okrążeniu ostatniego punktu wysp już w kierunku wschodnim. Po wyjściu na otwarte morze dostrzegliśmy na północy pola lodowe.

Dzień był obfity w różne spotkania.

Gdzieś na krańcu świata zostaliśmy wywołani przez radio przez płynący z naprzeciwka jacht Hi Ocean, dowodzony przez kpt. Maćka Sodkiewicza, na pokładzie z polską załogą. Takie spotkania znajomych, tak daleko, w takich okolicznościach, to wielka niespodzianka. Stanęliśmy więc wspólnie burta w burtę, serdecznościom nie było granic. Wielu wspólnych znajomych, a ja z Maćkiem też mieliśmy swoje wspólne hornowe historie z przeszłości. Nastąpiło tradycyjne cambio towarów deficytowych na jednym jachcie, a występujących w wystarczającej ilości na drugim. Załogi nawzajem pooglądały jachty i nadszedł czas się żegnać. Powodzenia, nam w drodze na północ, Hi Ocean w powrocie na południe.

Jakby dość było niespodziewanym spotkaniom chwilę później zaciekawił się nami wieloryb, który opływając nas kilka razy, łaskawie pojawiał się co jakiś czas przy burcie.

W taki oto sposób dopłynęliśmy do wejścia Woodfjorden, który niemal 30 mil w głąb zwieńczony był najpiękniejszym w mojej opinii lodowcem Spitsbergenu. Tam zamierzaliśmy przez dobę zanurzać się w nieskazitelnym pięknie natury. Jako postój wybrałem niewielką zatoczkę naprzeciw Texas Bar. Przy pomocy pontonu, wykonując dwa desanty na ląd, wylądowaliśmy w jego rejonie. Oczywiście z bronią w ręku, rakietnicą i flarami – wszak w każdej chwili mogliśmy napotkać niedźwiedzia. Texas Bar to kultowe miejsce, najbardziej wysunięty na północ bar. W zasadzie niewielka, drewniana budka, zabezpieczona przed niedźwiedziami, w rzeczywistości nic nie mająca wspólnego z barem, to raczej traperski domeczek niewielkich rozmiarów, ale kryjący w sobie wiele skarbów. Po zdjęciu ciężkich, drewnianych zasuw z drzwi, kilku rygli, naszym oczom ukazało się niewielkie, ciemne wnętrze, wyposażone w podstawowe produkty oraz piecyk i zapas drewna. Zwyczajem jest też zostawić po sobie coś dla innych, dlatego można tam było znaleźć np. duże ilości buteleczek z alkoholem z różnych części świata. Poczęstowaliśmy się zatem niewielką buteleczką (chyba ze 100 ml) jakiejś zagranicznej whiskey, porobiliśmy serię zdjęć oraz dokonaliśmy pamiątkowego wpisu w zeszycie gości. Potem wspięliśmy się na niewielkie wzniesienie i zamarliśmy pod wpływem nieziemskiego widoku. Widok na fiordy wypełnione błękitną polodowcową wodą, liczne góry lodowe pełne granatu, góry, a na końcu On. Monacobreen. Lodowiec schodzący dwoma jęzorami w wodę, zakończony poszarpanymi czołami o wysokości około 30 m, pomrukujący co jakiś czas groźnymi odgłosami pękających lodów. Zostawiliśmy sobie jednak bliższe spotkanie z nim na jutrzejszy dzień, zmęczenie ostatnimi dniami, długim przelotem oraz zimnem dawało się nam we znaki. Należało odpocząć i choć trochę się wyspać.

Od wypłynięcia z Ny-Alesund nie zmrużyłem oka, taka kapitańska dola, pomimo tego, że pływająca ze mną załoga składała się ze świetnych osób, w dużej mierze moich przyjaciół, z którymi miałem na karku wiele wspólnych żeglarskich przygód. Doświadczeni oficerowie byli dla mnie olbrzymim wsparciem, ale pływaliśmy po raz pierwszy po trudnym akwenie. Już od pewnego miejsca skończyły się mapy i nawigowanie stało się bardzo utrudnione. Do tego wszechobecne zimno, które zabierało z nas tyle energii ile mogło. Praca załogi podzielona została na 4 godzinne wachty, przedzielone wspólnymi posiłkami, spaniem oraz podziwianiem odwiedzanych miejsc. Moi ludzie szybko weszli w wyprawowy charakter rejsu, kiedy trzeba było pracowali ciężko i nauczyli się wykorzystywać możliwy czas na odpoczynek. To bardzo ważna sprawa w trwających dłuższy czas rejsach, kiedy nie ma po drodze portu, bezpiecznego schronienia w którym można odpocząć. Pomimo trwającego całą dobę dnia staraliśmy się zachować rytm nocny. Wszak jeszcze najcięższe przed nami i należało zachować siły.

Mieliśmy na jachcie dużo jedzenia i tu nie obawiałem się zagrożenia, ale zupełnie inaczej miała się sprawa z wodą, której nie mieliśmy szans nigdzie zatankować po drodze. Dlatego musiał być wprowadzony ostry rygor. Dzienny przydział wody został ustalony na 1.5 litra na osobę, wszystkie talerze, garnki i sztućce myte były w słonej, morskiej wodzie zaburtowej, delikatnie tylko płukane w słodkiej. Nie raz zdarzało się nam pić herbatę ze słonym posmakiem. Taki urok. Jednakże to, co się działo wokoło, wynagradzało wszystkie niedogodności.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
%d bloggers like this: