• Polski
  • Deutsch
  • English

W poszukiwaniu niedźwiedzi

Spitsbergen wychowuje

8 sierpień 2018 r.

Skusiłem się na niedźwiedzia polarnego, widzianego 2 dni wcześniej przez naszą ekipę w Adolfbukta i zmieniłem plany pierwszego dnia. Zamiast pójść na zachód skierowaliśmy się na wschód. I zakosztowaliśmy prawdziwego wschodu. Arktyka jest nieprzewidywalna. A na pokładzie ekipa wariatów i dmuchana Julietta.

Gdy twoją załogę stanowi zwarta grupa przyjaciół oraz znajomych i sam jesteś w tym gronie, sprawy toczą się szybciej i jacht zaczyna żyć swoim życiem. Ma to swoje blaski i cienie. Niby więcej rzeczy jest oczywistych, ale gdy odkrywasz w jednej z kabin dmuchaną Juliette o włosach w kolorze blond – życie przestaje być takie samo…

Nie będę dziś farmazonił, mam za sobą kolejną nieprzespaną noc, więc pióro jakby cięższe. Dobrze mi się pływa z tą ekipą wariatów. To już kolejny nasz rejs, Chorwacja, Grecja i pamiętny mistral na trasie Sardynia – Baleary – Alicante, gdy na pokładzie Azimuth brakowało miejsca na burtach dla oddających hołd Neptunowi, a fala, ech, z każdym miesiącem wydaje się większa w kolejnej opowieści uczestników, choć w rzeczywistości miała 4 m.

Kocham żeglarstwo i tym zarażam, ostrzegam z góry. A gdy z grupy prawdziwych greenhornów tworzy się nowa ekipa zejmanów, mogę sobie tylko przypomnieć jak kiedyś porwało mnie morze i do dziś trzyma twardo w swej dłoni. I rzuciło w podbiegunowe krainy. I widzę jak rodzą się kolejni entuzjaści.

Zadanie: szybko i zdecydowanie ogarnąć serdeczne towarzystwo, które w końcu wybrało się na długo oczekiwany urlop marzeń, tak, aby ich czas wykorzystać jak najintensywniej. Wdrożenie w jak największą ilość detali jachtu Azimuth i jego obsługę, w nawigację, bezpieczeństwo. Trasa jest ambitna, jedenaście dni w niemal ciągłym ruchu, więc sam nie jestem w stanie tego poprowadzić, kilka nieprzespanych nocy wchodzi w grę, ale nie cały rejs.

I wreszcie oddając ostatnią cumę łączącą nas z portem czas zamknąć wszystkie lądowe sprawy i zanurzyć się w intensywnej podróży.

Ruszyliśmy zatem na północny-wschód w kierunku Billefjorden w poszukiwaniu niedźwiedzi polarnych i pomimo ciągłej obserwacji brzegu przez dwie lornetki – niestety bezskutecznie. Ile brył lodu lub ptaków zostało okrzyknięte niedźwiedziem nie zliczę. Czy było rozczarowanie? Chyba tak, ale dla mnie nie duże. Nie przyjechaliśmy tu do zoo, gdzie zwierzęta zawsze są w określonym miejscu. Tu jest Arktyka, to ona dyktuje swoje prawa, my jesteśmy jedynie gośćmi podlegającymi jej woli. I to jest jej magia, która sprawia, że trzeba tu ciągle wracać.

Nawet czekający na końcu Adolfbukta lodowiec Nordenskiöldbreen wyglądał inaczej niż go zapamiętałem, a dla ekipy wyjątkowo: dziewiczy kontakt z lodem zrobił na wszystkich duże wrażenie.

Postój w pobliskim Pyramiden mogłem wykorzystać na pierwszy od dłuższego czasu parogodzinny sen. W tym czasie wszyscy poszli zwiedzać pozostałości radzieckiej utopii, gdzie obok pomnika Lenina i licznych symboli nieistniejącego już imperium pasły się renifery oraz ścigały się lisy. Ja potrzebowałem odpoczywać, bo następne dni zapowiadały się bardzo intensywnie.

   

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
%d bloggers like this: